przed świątecznie oczywiźdźie.
w pierwszych słowach mojego listu chciałabym życzyć wszystkiego wszędzie wszystkim, chyba, że kogoś nie lubię to wtedy nie wszystkiego a zaledwie połowę. no i chyba, że ktoś jest jednym z tych, co jeździ środkami loko i śmierdzi to wtedy życzę mydła, dużo!
w drugich słowach chciałam powiedzieć iż, pomimo tego, że od dni co najmniej kilku siedzę i zawijam te prezenty (robocze, ale jednak) i wszystko wokół trąbi wręcz o tem, że święta już jakby tuż to ja jakoś nie czuję, żeby faktycznie tak.
być może poczuję z chwilą zawitania w progi rodzinne, być może...
w trzecich słowach refleksją chciałam się podzielić taką, że mi coraz mniej radochy sprawia wybieranie prezentów i obawiam się, że może to być oznaką starości, lub też - w wersji optymistycznej - zeszłorocznych NIE trafionych prezentów... choć nie powiem by mnie one nauczyły NIE prezentowania książek, oł noł ;)
w słowach czwartych podzielę się mym niepokojem oraz zniecierpliwieniem; gdzież, ach gdzież żona ma i kiedyż ach kiedyż pojedziem wreszcie w strony rodzinne, gdyż w tej chwili siedzę w pracy (ale po pracy), bo galerkę już obskoczyłam całą, choć przed świętami to średnia przyjemność i - nigdy nie sądziłam że to powiem - nie chce mi się już chodzić po sklepach...
no więc gdzież, ach gdzież!?
(jakoś nie umiem zacząć posta bez tytułu, choćby roboczego)
dziś Wigilia firmowa się odbywała, było pysznie i niekoniecznie zdrowo ;) ale że Wigilia jest tylko raz (w porywach do dwóch, lub jak kto dalej na ścieżce kariery - trzech razy) w roku, to może jakoś to przeżyję :)
a po wigilijnej, postnej strawie fundowaliśmy sobie kolkę w kręgielni...na koszt firmy, bo nasza firma to ma jednak ten gest ;)
przeczytałam dziś na komunikatorze, którego nazwy nie wspomnę wyrzut, że milczę wirtualnie, chciałam więc zapewnić, że realnie też milczę całkiem sporo ;) ale taki wyrzut to w sumie miła sprawa, więc dziękuję!

obudził mnie dziś ptaków śpiew i ciepłe promienie słońca przedzierające się przez okiennice (koniecznie zielone), wstałam, wskoczyłam pod prysznic i z mokrą głową zjadłam śniadanie (zdrowe, o niskim indeksie) na tarasie, podsłuchując sąsiadów rozprawiających o rzeczach błahych.
do pracy dojeżdżam trolejbusem razem z pogodnymi ludźmi pachnącymi praniem suszonym na słońcu i świeżo skoszoną trawą. w pracy zajmowałam się wyłącznie tym co potrzebne, nigdy tym co bez sensu...
wieczorem impreza ze znajomymi, taka na której to mężczyźni podrywają kobiety (nie na odwrót), na której nikt nie rozprawia o filozofii (karwa!) impreza nad morzem, więc następnego dnia znajduję piasek w nogawkach i ciepło w sercu...
wiele rzeczy się w mem fascynującym życiu ostatnio zmienia.
najnowszy njus to wysypka na ręcach od super-fantastycznego-kremu-za-jedyne-8-dych-prosto-z-prowansji (nigdy nie darzyłam zaufaniem tego co francuskie i proszę, nie myliłam się!)
no i tak z okazji tego, że zbliżają się święta, a wiadomo jak to jest, na święta się sporo obiecuje sobie i innym, to ja obiecuję sobie przestrzegać specjalnego spisu jadła, który to dziś mam wziąć i odebrać, a który to ma mnię uzdrowić ze wszelkich mych zdrowotnych niedostatków (ciekawe jak sobie poradzi z całkiem nową wysypką? ;))
chciałam jeszcze obiecać że będę pisać częściej, ale nie wiem czy warto pakować się w obietnice bez pokrycia ;)

w ten weekend oddaję się memu nowemu hobby (patrz zdjęcie)
hobby jak każdy wie jest czymś co się robi tylko po to, by to robić, inne przesłanki są zgoła niepotrzebne (aczkolwiek bywają i takie)
no więc z początku ma się wizję zasypywania swych bliskich i dalszych zupełnie niepotrzebnymi prezentami, potem już nawet nie myśli się o tym, bo komu potrzebny setny brelok do kluczy, no i kto by chciał robić brelok skoro można mieć "kotka", który służy do niczego? :)
notka jest krótka, bo śpieszę robić kolejne nikomuniepotrzebne cuda :)